Niedziela 13 stycznia 2010 roku
Warszawa , to właśnie tego dnia miałam wyjść za mąż. Może najpierw wytłumaczę o
co w tym chodzi. Moi najukochańsi rodzice (czujecie ten sarkazm) gdy miałam 19 lat wybrali
dla mnie idealnego chłopaka. Moi rodzice
byli biznesmenami i bardzo pragnęli aby ich firma i firma jego rodziców się
połączyły poprzez nasz ślub. Oczywiście mój przyszły „mąż” był z tego powodu
bardzo zadowolony, tyle że ja nie za bardzo byłam co do tego pomysłu pozytywnie
nastawiona. Gdzie dziewczyna która miała 19 lat już wychodziła za mąż?? Po tym
jak się o tym dowiedziałam, nie chciałam z nikim rozmawiać , moja najlepsza
przyjaciółka się ode mnie odwróciła tak jak wszyscy moi znajomi. A czemu? Sama
do dzisiaj zadaję sobie to pytanie. Ale
powróćmy jeszcze na chwilę do tego feralnego dnia. Byłam już ubrana w suknię
ślubną. Makijaż zrobiony, wszystko dopięte na ostatni guzik, tylko był
wtedy taki mały szczegół… ja. Nie chciałam tego, nie chciałam tej cholernej
sukienki, tego głupiego kwiatka na mojej ręce, nie chciałam tej debilnej sali,
na której miał odbyć się nasze wesele, a przede wszystkim nie chciałam jego!
Podjeżdżałam pod kościół. Mój tata wziął mnie pod rękę i zaprowadził po drzwi. Tata
otworzył drzwi i w tym momencie wszystkie oczy zwrócone były na mnie. Mój
ojciec zaprowadził mnie pod ołtarz. Cała
uroczystość dłużyła się w nieskończoność (przynajmniej dla mnie) Już miałam
powiedzieć to przysłowiowe „tak”, kiedy ja po prostu uciekłam. Nie mogłam tego
zrobić, to by było niezgodne z moimi zasadami. Wsiadłam do pierwszej lepszej
taksówki, która zawiozła mnie do mojego dotychczasowego domu, przebrałam się, spakowałam i wyjechałam, tak po prostu
uciekłam, z dala od problemów…
***
No to mamy prolog!! Jejj :D Może krótki, ale ważne, że w ogóle jest. Następne rozdziały powinny być już dłuższe. Także do miłego. ^^
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz